Grodowy Szlak 2018

16 września 2018

wedrowka2018

Chyży krok, brzęk stali, piorunujący rozprysk gorącego szkarłatu, krótki krzyk przerwany kolejnym sztychem, ostatni haust powietrza i bezkresny mrok.

Tak bardowie opisują śmierć naszego Księcia, lecz ja Fryderyk zwany brązowym tam był i było to inaczej. A com widział tom opisze dla potomnych by czyny przeklętego psubrata bratobójcy nigdy nie zaginęły i były przestrogą dla kolejnych pokoleń.

Wraz z miłościwe panującą Księżną (wtenczas w wieku dziecięcym) Wacławą i jej ciotkami przechadzalim po majdanie w stronę stajni. Przed nami Nasz Książe -niech mu ziemia lekką będzie-  wraz z swym parszywym bratem Henrykiem Koziolubem prawili o sprawach bieżących (zwłaszcza zaprowadzeniu religii Chrystusowej którą książe bez porozumienia z bratem zaczął na swych ziemiach zaprowadzać) , gdy nagle ten psubrat zdradziecko dźgnął swego najbliższego krewniaka prosto w podbrzusze i czym prędzej w swej pokracznej posturze raczył pobiec do stajni, gdzie jego zawszeni kompanii już czekali oporządzeni wraz z końmi by zbiec z grodu. Nie zapomńim jako rzecze ja na życie mej świętej pamięci matki tego jazgotu jak wydały z siebie wtedy kobiety z szanowną Ksieżną na czele. Sam nie zorientowan pierwej co się właśnie zadziało, lecz przypuszczając co się stanie wrzasnąłem na te dwie łajzy, co bramy pilnowały by co prędzej ryglowali brame, lecz na za wiele się to nie zdało, gdyż wszawa kompanija zdążyła już przekroczyć wał. Na szczęście Bart największy z naszych łowczych postrzegając ucieczkę Henryka (gdyż jak to ma w zwyczaju swym porannym wyszedł na wał by opróżnić swój, co by to o mym dobrym przyjacielu nie mówić, ale już leciwy pęcherz i całe zajście również widział) zdążył napiąć łuk i rumaka niegodziwca na tyle ugodzić by ten upadł na swoją parchatą gębę. Towarzyszę oczywiście ruszyli mu na pomoc, lecz wraz z załogą już pędzilim na grzbietach naszych wierzchowców by dopaść bratobójce i jego zdradzieckie kanalie. Niestety szkapy ich pędziły ku leśnym ostempom prędzej niźli nasze, jednakowoż na obronę swą  mam, że moja poranna porcja fasoli większa znacznie niźli zwykle mogła co nieco bardziej zmęczyć rumaka. Tracąc z każdym końskim dechem okrutników z oczu utracilim trop. Nie mając sposobności do dalszej pogoni powróciliśmy do grodu i naradzilim. Wobec braku męskiego potomka i wieku dziewczęcego Wacławy regencje objeły jej szanwone ciotki Jadwiga i Agnieszka. Nawet bez odbytej narady wiedzielim co począć.

- Złapać psubrata, przybić za najcenniejsze co ma do bramy i rzucać kamieniamin aż nie szczeźnie! - tak żem krzyknął

Reszta jednak nie podzielała mego zapału do rzemiosła stolarstwa oraz kamieniarstwa, więc powiezli plan pochwyecnia łotra i zaprowadzenia go przed wiec.

Na czele honorowej eskapady nad którą patronat objęła sama Księżniczka stanął bliski przyjaciel zarówno księcia jak i mój wspomniany Bart (w oberży prawiono że podejrzanie często i długo razem z księciem polowali, lecz ja nic na temat takich zarzyłośći nie wiem).  Dobrze wyposażeni i pełni determinacji do pojmania Henryka ruszylim następnego poranka podejmując utracony trop. Podąrzając za odorem pochodzącym z parch naszych wrogów dotariliśmy do pogranicza Naszego władztwa na niedawno podporządkowane ziemie. Z jednej z wiosek poczynilim nasz obóz wypadowy niezbędny do znalezienia psubrata. Po kilku godzinach od rozbicia bazy dostrzeglim na trakcie sylwetkę. Nie dalim jednak po sobie poznać ani krzty, żeśmy strachliwi i ruszylim w jej stronę. Nagle nad uchem naszego kompana Kamila świstnęła niezdarnie wystrzelona strzała. Widać było ewidentnie że łucznik w swym fachu marny nie zdoła nam zrobić krzywdy a my być może trafiliśmy na ślad Henryka. Pochwyciliśmy więc huncfota, którym okazał się Przemko syn garbarza. Lokalny rzeźimieszek który nie stronił od kłusownictwa więc nie dziwiło jego wsparcie dla nikczenych czynów bratobójcy. Niestety zanim wyciągnąć dalim rade z niego jakie wieści o swym Panu pięść tak mnie zaświerzbiła żem zaduśił na śmierć. Ale nci tego złego co by na dobre nie wyszło bo podobno jego zwłoki dyndając na wierzbie przez długi czas zniechęcały miejscowych do kłusownictwa.

Wędrowalim po borach tak wiele godzin, gdy po raz kolejny dzięki niesamowitym umiejętnością naszego łowczego dostrzegliśmy błysk w pobliskich zaroślach. Przekonani o widmie zasadzki wydaliśmy btiwe pierwsi, a przeciwnik pełen tchórzostwa począł ucieczkę, aż gubiąc w swym pędzie elementy pancerza. Tego odoru nie można było pomylić z niczym innym, to  była poszukiwna przez nas gromada. Nieudana zasadzka nie obniżyła co prawda ich ducha walki, gdyż pewni nieuchronności bitki podjęli broń jednakowoż sam Henryk został ranny, a co niektórzy jego paskudnii kompanii polegli pod naszym orężem, co prawda raniąć również Barta ze względu na którego nie możnością była kontynuacja pościgu.

Po opatrzeniu i odpoczynku ruszyliśmy do grodu by osadzić tam pojmanych, pozostawić rannych i doposażyć się natomiast w obozie pozostawilim skromny garnizon mający dalej przeczesywać okolicę. Niestety Henryk, który intelektem równy był wieprzowi miewał przebłyski i za czasu niebecności naszej splądrował obóz i wybił w pień obecną załogę.

Powróciwszy, spostrzeglim co nastało, więc bez zbytecznego kręcidupstwa Barta zarządził poszukiwania psubratów, co by skończyć te podchody. Wiele godzin przeszukiwalim knieje i trakty, lecz bez powodzenia. Jużśmy zmęczeni chcieli w cieniu przysadzistego dębu przysiąść, gdy tu nagle ze skraju boru jaki kształt taki ludzi się pojawił, który w stronę grodu ruch swój czyni. No to cyk my za nim, a tu nagle jakiś gwizd tenże wydaje. Spojrzelim tylko na siebie i odrazu wiedzielim, że coś się święci. Już ostrożniejszym krokiem zbliżaliśmy się do postaci, która okazała się babą. Nieuzbrojona i nie wzbudzająca większych podejrzeń  ruszyła dalej, a my skierowlim się w pobliskie krzaki. Już chcieliśmy, lecz me bystre oko dostrzegło wten jaki ruch czy inny czort. Raban żem podniósł i biegiem do tego czegoś a tu chyc psiesyny wraz ze swoim wodzem. Tak się wystraszyli na nasz widok, że w te pędy ucieczki się podjęli gubiąc wszystko co mieli. Parchnęlim tylko śmiechem i w rozbawieniu pochowalim nasze łupy, co by nie trafili na nie te leszcze. Poczelim powoli sunąć ku traktom, bo sądząc po kurzu jaki podniosły te capy nie było raczej możliwe ich dogonić. I tak mijał czas na obserwacji, gdy na skrzyżowaniu szlaków natrafilim na tą samą kobitę co ostatnio, jednakowoż coś w jej oczach było dziwnego. Ogień jaki czy coś. Kamoszka wuj jakich mało o sile 10 turów powiedział krótko ‘’rozbieraj się’’. Nawet ja bym chybo się rozbyroł jakby taki chop by mi grożąc toporem kazał. Ja se mówię ‘’no tej przesadzasz dej babie iść’’, a tu brzdęk stali uderzającej o ziemię. Spod płaszcza wypadł cały arsenał. Słów jakie żeśmy rzucili w kierunku tej kobity tutaj nie przywołam, bo nie wypada, ale no łatwo jej nie puściliśmy.

Siedzimy sobie pod lipą, popijamy z bukłaków, aż tu nagle biegnie młody dobromir i krzyczy, że wieści od Henryka ma. No i gada że ugody chce szukać i na grodowe podejście w południe dnia następnego przyjść mamy. Bart chętnie przystał na ugodę, ale żych myśloł że to przecie lis cwany jakich mało to pewnie ma jakiś dobry pomysł. Poranek następny nastał no a z tym nasze oczekiwanie.  No i widzim tego pendraka, co się ze swoją hałatajską bandą snuje w naszą stronę, więc gadam do Barta, co by naszykować oręż zanim nadejdą, a ten do mnie że ta ugoda to naprawdę i koniec waśni wśród nas. Zawiedzion był bo na wojaczkem liczył, ale cóż nie mi decydować było dane. Ale historia pojednania z Henrykiem to temat na zupełnie osobną opowieść. Ehh kiedyś to było...

 

Fryderyk Niewiedział