Manewry AT 2018

21 kwietnia 2018

manewry2018mini2Jest ciepły poranek, początek maja, środek budzącego ze snu się Poznania, a tu przed budynkiem dworca zachodniego jakiś gość siedzi sobie na lnianym worku pachnący czymś starym. Rozmyśla nad tym jak będą wyglądały najbliższe dni, a sprawa niebagatelna, bo chłopak jedzie na swój pierwszy wyjazd rekonstrukcyjny. Oto ja “Nowy/Młody” - Dominik, witam uprzejmie.

Zastanawiam się nad tym kogo już znam. W sumie mało ludzi, głównie z treningów. Jest Doktor, Egar, Kacper, Monika i jeszcze kilka innych osób. Wszyscy są bardzo mili więc chyba przeżyję ten wyjazd, choć po ostatnim treningu Edgara łydki chciały mi uciec do Meksyku, okrutnik jeden.


Rozmyślania przerywa telefon - Bart już czeka. Ekipa powoli się zbiera i w końcu wyruszamy. Podróż nie trwa długo a my umilamy sobie czas rozmową. Początkowo trudno mi się włączyć do konwersacji, no nie znam w końcu jeszcze Barta i Edgara, ale wyciągam w końcu swojego asa z rękawa (a mama mówiła że autostop się nie przyda) “jezu w tej Polsce to się źle dzieje, kiedyś było lepiej”. Przynęta złapana, udało się, gadamy, jest dobrze.


Po przybyciu na miejsce witamy się z resztą - Kacprem, Szymonem i Marcinem, nowy ma zawsze najgorzej, musi pamiętać wszystkie imiona ale jakoś idzie, ale szybko się nauczę, krzycząc do nich potem coś w stylu “Szymon trafiłeś mnie tym mieczem, proszę nie bij dalej”.

Zacznijmy jednak od początku, gród robi wrażenie, czuję się tu pewną magię, dawno utraconą świetność i dostojeństwo. Wisienką na torcie jest, planowana na rozgrzewkę wycieczka krajoznawcza w kolczudze dusicielce i z tarczą, która jest ciężka, przy akompaniamencie miejscowego puszczyka (skubany nie podda się nawet o 3 w nocy). Wiem brzmi strasznie ale to żart, mnie to wszystko kupiło, tego szukałem, dziękuję proszę o więcej. Idziemy tak z całą ekipą wojów, Marcin opowiada o grodzie, ja słucham z zafascynowaniem, Bart śpiewa piosenkę o Swarożycu. Mamo, mamo mogę nie wyjeżdżać?


Dalej jest walka “No dobra a jest jakaś technika?” - pytam, “Tak, bierzesz to ostre i bijesz aż się podda.” - słyszę w odpowiedzi, “Ok, chyba dam radę, proste” - stwierdzam. Taaa... jednak nie było, ale o dziwo nawet trafiłem, raz czy dwa. Oto ja “Ten nowy co bije jak go już trafiłem”. Czas płynie a my spędzamy czas na walce, sporcie i pielęgnacji sprzętu. Mija pierwszy dzień, nadchodzi noc a ja wsuwam się w swoje posłanie z norek i gronstajów. Następny dzień jest podobny, ale mnie się to nie nudzi, jak już wspominałem to ma w sobie pewną magię. Znowu walka, trening i czyszczenie sprzętu, tym razem jednak na rozgrzewce wieczorem, Marcin proponuje wypady przez całą długość grodu, on tu jest ambitny a ja zastanawiam się, czy czasem nie wyjechać szukać łydek w Meksyku, znowu, okrutnik jeden.


No dobra, kolejny wieczór i co by tu można zrobić? Na przykład wybrać się w pełnym pancerzu do Wrześni. W sumie czemu nie, tylko pasy nie chcą się zapiąć. Samochód pędzi w kierunku naszego miasta uciech, a my zastanawiamy się jak wyłuskać kogoś z pancerza podczas wypadku. Gdybym był strażakiem pierwszą rzeczą, którą bym zrobił, byłoby  zachowanie spokoju i ostrożne wymacanie telefonu w kieszeni w celu zrobienia paru fotek, jeszcze żona nie uwierzy, a i wnukom będzie co opowiadać. Wracając jednak do nas, to najpierw jest pizza, panie kelnerki są zdziwione bardziej niż Krzysztof Krawczyk zdradą przyjaciela. Później wypad na miasto by poznać lokalsów. Przemierzamy miasto wabiąc do siebie grupki ciekawskich „Sebastianów”, raz nawet słyszę “chwała wielkiej Lechii” - to były czasy. Ostatecznie wracamy kilka godzin później. Weseli i zmęczeni.


Manewry kończą się następnego dnia a ja wracam zmęczony, brudny, ale szczęśliwy i zadowolony. Dziękuję poproszę o więcej.