Zimowisko 1018. Maszeruj albo giń!

21 stycznia 2018

zimowisko1018Tego poranka zimne, styczniowe słońce nie miało już przebić się przez ciężką kurtynę chmur.

Na skraju pradawnej puszczy zamajaczyło kilka postaci. Ledwie widoczne w porannej mgle, ruszyły żwawo wzdłuż koryta Strugi – miejscowej rzeczułki. Mokry śnieg skrzypiał pod ciężarem butów zbrojnej bandy, poganianej raz i drugi przez prowadzącego ją wojownika. Niski i drobny, nie sprawiał wrażenia kogoś kto siłą i hartem ducha zasłużył na swoją pozycję. Bo to też nie siłą mięśni ale rozumu, zaskarbił sobie szacunek kompanów. Mimo że z natury cherlawy – Henryk – bo takie było jego miano, znany był z bystrości i dowcipu ostrego jak damasceńska stal. Wiódł teraz za sobą wojów o sercach twardych jak kamienie, a każdy z ręką prędką do miecza, pędzili poprzez zaspy i wykroty wiedzeni obietnicą rychłego zapełnienia pustych kies i żołądków.


Tymczasem w Grzybowskim grodzie trwała codzienna, poranna krzątanina. Mężczyźni rąbali drwa, dbali o paleniska, kobiety porządkowały gospodarstwa i warzyły strawę. Wszystko to w rytmie sielskiej muzyki, tak się bowiem złożyło, że gród wizytował znany na całą ówczesną Europę muzykant – „The Dorsz”- u.

Gród był bogaty w zapasy a do przednówka daleko, nikt też nie spodziewał się nieszczęścia które już  niebawem spaść miało na mieszkańców.

Straż grodowa dawno już nie niepokojona, leniwie snuła się po obronnych wałach. I zły urok to sprawić musiał że nikt z wojów nie dostrzegł zbrojnej bandy Henryka, gdy ta bez przeszkód podeszłą już niemal pod sioło. Szczęście w nieszczęściu fosa wypełniona po brzegi udaremniła atak z zaskoczenia.

W tym czasie Bart - grodowy łowczy, jak co rano wdrapał się na wały by po nocy ulgę przynieść pęcherzowi. Tedy właśnie wroga obaczył i czym prędzej wszczął alarm.

Nie było już więc miejsca na knowania, zbrojni Henryka natychmiast ruszyli w stronę grodowej bramy, która o tej porze roku najłatwiejsza była do sforsowania. Nie minęły też trzy pacierze jak drużyna obrońców gotowa była do boju. Zwarły się więc dwie siły w krwawej potyczce, nikt nie brał jeńców a posoka lała się gęsto. Furia atakujący była jednak jak wezbrana fala, która zalała i rozbiła w końcu szeregi obrońców. Na grodzie nastały więc nowe porządki…

 

Tak oto rozpoczęło się nasze kolejne zimowanie w Grzybowskim grodzie. Tym razem idea oparta była na konfrontacji dwóch grup, z których to jedna okazać się miała grupą panów, druga grupą poddanych. Na ile nasze założenie oparte na współczesnym, indywidualistycznym sposobie życia i myślenia okazało się niesłuszne, przekonaliśmy się już niebawem. W trakcie wielu zadań od których zależeć miało przetrwanie zimujących, takich jak polowanie, rybołówstwo, oporządzanie sprzętu i domostwa czy wyprawa po plony, najistotniejsza jak się okazało była współpraca wszystkich uczestników naszej zabawy. Na tyle zaawansowana, że długo nie trwało jak wspólnie biesiadowano przy jednym stole i przyrządzano posiłki. Na panewce spalił też plan odbicia grodu, wstępnie przyjęty przez pokonanych z entuzjazmem. Im bardziej dzień miał się ku końcowi tym bardziej dawała nam znać o sobie zima.  Mróz tężał i tylko gorące płomienie domowego ogniska tańczyły niezrażone, przyciągając do siebie kolejnych wyczerpanych dniem zimujących. Zasypialiśmy stłoczeni w chacie, z nadzieją że żadna z wart nie zawiedzie i ogień nie wygaśnie. Tak jak w zeszłym roku postanowiliśmy ograniczyć uczestnikom możliwość określenia dokładnej godziny przez konfiskatę telefonów komórkowych. Czas znów określany był dzięki klepsydrze – przez co chyba i tym razem udało się osiągnąć efekt w nim zagubienia. Kto raz zasypiał w mroźną noc w Grzybowskiej chacie,  przy akompaniamencie strzelających płomieni domowego paleniska, wpatrując się w ciągle zmieniające się na załomach ścian cienie – ten wie o czym mówię.

Poranek dnia drugiego przywitał nas prawdziwie zimową pogodą i brakiem perspektyw na śniadanie. By zdobyć do niego produkty uczestnicy wykazać się musieli biegłością w strzelaniu z łuku i nielichym szczęściem. Wszak „bagdadzkie kury” znane są ze swojej ruchliwości. Biorąc jednak pod uwagę warunki i trudność w przyrządzeniu tego posiłku, niedzielne śniadanie wszystkim sprawiło dużą przyjemność. I zdawać by się mogło że nic już nie zdoła wykrzesać sił z drużyny grodowej, a jednak obietnica owsianych ciasteczek zdziałała cuda. Tak oto przy ich pomocy jedna z turystek doczekała się prywatnego pokazu walk, lub raczej bijatyki – pragnienie ciastek było bowiem ogromne.  To była już ostatnia atrakcja Zimowiska 1018 – pozostało nam tylko podziękować uczestnikom za przybycie i przede wszystkim za przetrwanie. W tym roku było ciężko, niemniej jednak z niecierpliwością czekam już na kolejną inicjatywę wspólnego  doświadczania historii. Czy robimy to w sposób bardziej zabawowy czy bardziej edukacyjny, zawsze jest to doświadczenie które zostaje na długo w mojej pamięci. Mam nadzieję ze nie jestem w tym odosobniony, a zatem…

Do zobaczenia!

Bart