Grodowy Szlak IV

26 sierpnia 2017

grodowyszlak4Tym razem nasza wyprawa miała charakter militarny. Niczym Bolesław, który 1002 lata temu przeszkadzał Henrykowi II w przeprawieniu się jego oddziałów przez rzekę Bóbr, tak i my mieliśmy za zadanie wzajemnie sobie przeszkadzać w dotarciu do celu.

Wczesnym sobotnim rankiem uczestnicy wyprawy przybyli do gródka w Chłądowie, gdzie nastąpiły wszelkiego rodzaju ustalenia organizacyjne. Tam też zostawiliśmy namioty, posłania oraz troje strażników grodu – Martę, Zuzę i Tredzika. Ich zadaniem było przygotowanie grodu na nasze przybycie. Niebawem udaliśmy się autami na punkt startowy wyprawy – do Wylatkowa nad jeziorem Niedzięgiel.

W Wylatkowie nastąpił podział wędrujących na dwie drużyny. Do drużyny złoczyńców należeli odtąd: Marcin, Kajetan, Świrek i Kacper. Z kolei do tej dobrej ekipy, którą dowodził Bart, dołączyli: Agnieszka, Jadzia, Monika, Przemko, Michał i Ivar. Kobiety były cywilami, a zatem jeśli chodzi o siły bojowe obu ekip, były one podobne. Panowie natomiast dźwigali tym razem znacznie większe pakunki niż w poprzednich wyprawach, nieśli ze sobą bowiem hełmy, miecze, topory i tarcze. Później miało się okazać jak bardzo jest to dokuczliwe.

Wyruszyliśmy zaraz po krótkiej przemowie Marcina i Barta, pomysłodawców wyprawy. Pierwsze kilkaset metrów szliśmy razem, ale po jakimś czasie okazało się, że między dowódcami drużyn następują kłótnie związane z monetami, jakie posiadał Bart. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – to hasło znane jest nie od dzisiaj. Doszło do rękoczynów między nimi, wojowie już chwycili za broń – całe szczęście nie musieli jej użyć, ale tak czy inaczej na rozstajach nasze drogi się rozeszły. Ostatni raz widzieliśmy tych łachudrów o zakazanych twarzach kiedy wchodzili w leśną ścieżkę i coś niezbyt miłego do nas wykrzykiwali. Naszą siedmioosobową ekipą ruszyliśmy dalej, szerszą i bardziej przyjazną drogą niż nasi przeciwnicy.

Prowadził nas Bart, który doskonale zna te okolice. Co jakiś czas opowiadał nam nawet różne straszne historie, na przykład o domu wisielców który mijaliśmy po swojej lewej stronie. Szliśmy raźnym krokiem, bo sił mieliśmy jeszcze dużo i póki co nie obawialiśmy się, że z gęstego lasu wyskoczą na nas przeciwnicy. Dyskutowaliśmy wszyscy na tematy związane z historią i rekonstrukcją. Co jakiś czas mijał nas jakiś zabłąkany w lesie warczący pojazd. Jakieś pół godziny od rozpoczęcia marszu nasza czujność nieco się wzmogła, ponieważ w niektórych miejscach las był gęstszy, było więcej zakrętów i skrzyżowań dróg. W pewnym momencie, przed rozstajem dróg u podnóża wzgórza, zaszło podejrzenie że z naszej lewej strony mogą przybyć wrogowie. Nasi dzielni wojowie szybko przywdziali bojowy sprzęt, a Agnieszka otrzymała łuk, by móc ich wspierać w walce. Naszym zwiadowcą został Ivar, który zakamuflował się w lesie na wzgórzu, by móc obserwować teren. Przemko kilka razy zadął w róg – w odpowiedzi usłyszeliśmy również dźwięk rogu, dochodzący jakby zza wzgórza. Okazało się, że rozbójnicy poszli inną drogą niż wcześniej planowali, więc tym razem uniknęliśmy nieprzyjemnego spotkania z nimi. Ruszyliśmy dalej, co jakiś czas jednak nasłuchiwaliśmy dźwięku rogu, który wydawało się, że się oddalał…

Na kolejnych rozstajach spotkaliśmy Pana Jacka z Muzeum w Grzybowie, który zrobił nam małą sesję fotograficzną. Zaraz potem weszliśmy w las i podążaliśmy wzdłuż rzeki Strugi, która w tym miejscu płynęła dość głębokim wąwozem. Nagle usłyszeliśmy gdzieś blisko dźwięk rogu, a nawet głosy! Przeciwnicy byli dość blisko, ale z czasem znowu oddalali się – i tym razem do zbrojnego starcia nie doszło. Dotarliśmy do wielkiej łąki, gdzie postanowiliśmy zrobić sobie dłuższy postój, w związku z tym, że wrogowie prawdopodobnie oddalili się. Siedliśmy tak, aby mieć doskonały widok na każdy skraj lasu i w razie czego móc szybko przygotować się do obrony. Po spożyciu pysznych radzimskich śliwek, podpłomyków, jabłek, mięsiwa i innych pyszności, Bart uzbrojony w łuk zrobił obchód dookoła łąki, aby upewnić się czy jesteśmy bezpieczni. Po tym ruszyliśmy w dalszą drogę – ale nie tak, jak pierwotnie planowano, bowiem spodziewaliśmy się zasadzki. Poszliśmy tak, aby ominąć ją szerokim łukiem, później okazało się że słusznie uczyniliśmy, bo przeciwnicy widzieli wcześniej nasz popas na łące ze skraju lasu i cichaczem nas ominęli. Co ciekawe, mimo że doskonale widzieliśmy skraj lasu, w ogóle nie zauważyliśmy żadnych ludzi podczas naszego postoju.

Przeszliśmy przez metrowe pokrzywy, aż dotarliśmy do drogi, która po bliskim spotkaniu z urtica dioica okazała się zbawienna. Tam wkrótce napotkaliśmy ludzi, których z ciekawości zapytaliśmy, czy widzieli tu wcześniej osobników podobnych do nas. Odpowiedzieli twierdząco – kilkanaście minut temu szła tędy ta banda złoczyńców! Za rogiem dojrzeliśmy w oddali jakichś podejrzanych ludzi. Postanowiliśmy przywdziać się w bojowy ekwipunek i wypuścić lasem naszego zwiadowcę Ivara. Całe szczęście był to tylko fałszywy alarm, ale sytuacja znowu nam trochę podniosła ciśnienie.

Dalej szlak wiódł nas blisko brzegu jeziora. Szliśmy wzdłuż zabudowań wiejskich i widząc jedną panią w ogrodzie, zapytaliśmy czy możemy u niej nalać do naszych bukłaków wody. Pani była bardzo miła, bo nie dość że doładowaliśmy do pełna wodę, to jeszcze otrzymaliśmy od niej pyszne pomidory prosto z krzaczka! Wprawdzie 1000 lat temu nie było na naszych ziemiach pomidorów (za to, na marginesie, były ogórki), przymknęliśmy na to oko. Podziękowaliśmy za te dary i poszliśmy dalej. Przy kolejnych domostwach ludzie sami do nas zagaili. Okazało się że jakieś pół godziny temu przechodziła tędy przeciwna drużyna. Wiedząc, że jesteśmy względnie bezpieczni, postanowiliśmy skorzystać z pobliskiego kąpieliska nad jeziorem. Wprawdzie w głowach siedziała nam wizja, że my wchodzimy do jeziora, a drużyna przeciwników kradnie nasze ubrania, to po chwili gdy weszliśmy do przyjemnie chłodnej wody natychmiast o tym zapomnieliśmy. Przemko, Michał i Bart wykąpali się całościowo, a Agnieszka i Monika zamoczyły tylko nogi. Po tej przerwie poszliśmy dalej, i chociaż wydawało się że idziemy wolno, bo byliśmy już zmęczeni, później okazało się, że kąpiel dała nam „kopa” i tempo wyprawy się zwiększyło.

Kolejno szliśmy przez łąki i pola, co rusz rozglądając się czy w krzakach nie czają się przeciwnicy. Zmęczenie dało się we znaki i na łące usiedliśmy na chwilę by odpocząć. Wiedząc, że jesteśmy już całkiem blisko celu, nie siedzieliśmy zbyt długo. Na drodze, chcąc iść skrótem, napotkaliśmy gęsty las i krzaki, a nawet rzekę, przez którą musieliśmy się przeprawić. Potem była już tylko trasa przez łąki i pola.

Na horyzoncie zobaczyliśmy w końcu nasz gród w Chłądowie. Znajdowaliśmy się na skraju niezbyt gęstego skupiska drzew, już chcieliśmy wychodzić z niego i pędzić do grodu, ale z naszej prawej strony, kilkadziesiąt metrów dalej, zobaczyliśmy naszych przeciwników! Oni też nas dojrzeli – wszyscy wojowie szybko ubrali sprzęt bojowy i pobiegli w stronę grodu, aż się zakurzyło. Kobiety pozbierały porzucone przez nich zbędne rzeczy i wolniejszym krokiem także udały się do grodu. Przeciwnicy tymczasem ruszyli w naszą stronę. Kajetan wysunął się naprzód i pobiegł za nim Ivar – doszło na łące do walki między nimi. Całe szczęście wygrał ten drugi, więc mieliśmy już przewagę. Wśród pozostałych wojów też doszło do konfrontacji, ale nasi byli znowu lepsi. Pozostało szybko biec do grodu, bo nie wszyscy z przeciwników „umarli”. Znowu musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki. Już gród był parę metrów od nas i spotkala nas niemiła niespodzianka – Tredzik, który cały czas był na grodzie, chwycił za łuk i zaczął go bronić! Tutaj przydały się tarcze i udało przedostać się na gród. Pierwsza zdobyła go nasza drużyna.

Wkrótce do Chłądowa dotarli pozostali, którzy „umarli” w bitwie. Czekały na nas pyszna zupa i kasza z boczkiem, przygotowane przez Martę. Wszyscy wspólnie usiedli do posiłku i wspominali co się działo na trasie. Okazało się, że nasi przeciwnicy też mieli różne atrakcje w drodze, na przykład byli na piwie oraz jedna pani zaprosiła ich na kompot. Pod koniec wędrówki Kacper podczas przeprawiania się przez rzekę wpadł po pas w wodę – oczywiście mocząc cały ekwipunek. Szkoda, że nie mogliśmy tego zobaczyć. Na koniec przypadkowo wyszło tak, że w okolice grodu dotarliśmy równocześnie, tylko z trochę innych stron. Sumarycznie przeszliśmy około 17 kilometrów, możliwe że drużyna przeciwna przeszła więcej, ponieważ nieco zbłądzili.

Część osób opuściła gród wieczorem, a część została w Chłądowie do niedzielnego poranka. Pogoda dopisała, więc mimo że byliśmy bardzo zmęczeni, wieczorem miło było spędzić czas przy ognisku. Całodzienne noszenie sprzętu bojowego dało się we znaki chłopakom, bo większość narzekała na bolący bark. Mogli na własnej skórze poczuć jak ciężko było wojom na wyprawie 1000 lat temu. Tegoroczna wędrówka różniła się od poprzednich także tym, że jej uczestnicy ciągle musieli zachowywać czujność i wypatrywać (nasłuchiwać) niebezpieczeństwa. Już planujemy kolejną wędrówkę, gdzie również dwie ekipy będą ze sobą rywalizować, ale tym razem możliwe, że przez wykonywanie różnych zadań na trasie.

Dziękujemy za udział w wyprawie reprezentantom drużyn Stowarzyszenie Grodu Radzim, Krąg Szarego Żurawia i Bractwo Rycerzy Bezimiennych – Drużyna Wojów Grodu Wałcz. Do zobaczenia na kolejnej wędrówce!

 

Monika