XIII Ogólnopolski Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą

04 czerwca 2017

lad2017Od kilku już lat Ląd jest stałym punktem naszego stowarzyszeniowego kalendarium wyjazdowego. Hasłem tegorocznej imprezy były "Grody i miasta". W grodzie nad Wartą pierwsi z nas pojawili się już w piątek, tradycyjnie zajmując jedną z chat. Pozostali dojechali w sobotni poranek, była nas w sumie szóstka (Szabla, Marta, Karolina, Monika, Fryderyk i Edgar). Dowodzenie nad naszą ekipą objął tym razem Szabla.

Piątkowy wieczór upłynął pod znakiem witania się ze znajomymi rekonstruktorami - a wśród ponad 600 osób jakie przyjechały do Lądu było ich sporo, miło widzieć tyle znajomych twarzy. W sobotę rano trudno było nam wstać, ale sprawę ułatwił ktoś, kto metr od naszej chaty o wczesnej porannej godzinie rąbał drewno - taki naturalny budzik.

W tym roku na festiwalu było mnóstwo kramów z biżuterią, wyrobami kowali, krajkami, tkaninami - słowem, co sobie tylko można wymarzyć. Każdy z nas kilkukrotnie robił rundkę po kramach, co poskutkowało wydaniem sporej ilości monet na przydatne i mniej przydatne przedmioty. Fryderyk nabył na przykład solniczkę oraz gwizdek, którym raz po raz sygnalizował mroczną stronę rekonstrukcji jaką dostrzegał w pobliżu. Marta zakupiła między innymi piękny kościany igielnik, Szabla - krzesiwo, a Monika koszyk wiklinowy i nici lniane.

Jak zawsze najbardziej komiczną postacią wyjazdu okazał się być Fryderyk. Sobotnim rankiem oświadczył, że zagubił swój pas wraz z kaletką i całą jej cenną zawartością. Przeszukał cały teren imprezy, a nawet było ogłoszenie przez głośniki na temat zguby. Ku jego i naszemu zdziwieniu jego zguba odnalazła się... w sąsiedniej chacie. Można się tylko domyślać jak się tam znalazła. Drugiego wieczoru Fryderyk postanowił natomiast, że zasłoni workiem lnianym lampę na grodzie, która to świeciła nam prosto w oczy. Oczywiście nie udało mu się to, co więcej worek spadł po drugiej stronie wałów, a sam Fryderyk zaliczył mały upadek, co wywołało salwy śmiechu w naszym obozie.

Festiwal to oczywiście nie tylko kramy, rzemiosło czy występy muzyków, ale przede wszystkim zmagania wojów. Tradycyjnie były trzy formy starć: pojedynek 1 na 1, 5 na 5 oraz bitwa. W szranki do solowego pojedynku zgłosił się Szabla, któremu został wylosowany przeciwnik z dobrze znanej nam drużyny Grzybowian. Mimo strasznego upału i wcale nie tak wielkiego doświadczenia w pojedynkach 1 na 1 nasz reprezentant walczył dzielnie. Niestety, w pierwszej rundzie odpadł (niewiele brakowało!). Do turnieju piątek na moście w tym roku nie udało wystawić się naszej reprezentacji - było tylko dwóch wojów, i choć chcieliśmy stworzyć jeden team do spółki z Drużyną Bezimiennych z Wałcza - okazali się oni w niedzielę niezdolni do walki (wybaczamy). Wiemy natomiast, że w tej części turnieju zaroiło się znowu od tarcz Kruków - wystawili oni kilka drużyn, co już statystycznie gwarantowało im sukces.

Jak wiadomo, największe show dla publiczności to zawsze bitwa. Takowa odbyła się zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Wojowie najpierw zebrali się na grodzie, a następnie podzielili po równo na dwie części. Po jednej stronie pola bitwy stanęły ramię w ramię drużyny Kruków oraz Chmurników, po przeciwnej natomiast pozostałe zgromadzone drużyny. Wojów było naprawdę sporo, więcej niż rok temu. W pierwszym dniu było widać dobre zgranie Kruczo-Chmurnikowej ekipy - wszakże nieraz stają na bitwie obok siebie, chociażby na Wolinie. Udało im się trzykrotnie wygrać bitwę, niestety. U nas zgranie było wyraźnie słabsze, mimo że staliśmy tuż obok zaprzyjaźnionych drużyn Warcian, Radzimian i Wałczan. Nasi wojowie stwierdzili też, że dość kiepski był nasz dowódca. Kolejnego dnia w tej kwestii się poprawiło, dowódcę bowiem zmieniono. Kruki były wyraźnie bardzo zmęczone, bo niedzielną bitwę przegrali - pierwszy raz bodaj od dwóch lat. Z uznaniem patrzyliśmy na Edgara, który wyśmienicie włada dunem i dzielnie walczył z harcownikami we wstępie bitwy. Po bitwie natomiast wojowie ustawili się do kręgów - najpierw honoru, a później zdrady, co oczywiście wywołało ogromne emocje wśród publiki. Na koniec każda z drużyn przedstawiła się, a ostatecznie wszyscy wojowie ruszyli z groźnymi okrzykami na publikę - turyści faktycznie wyglądali na przestraszonych, choć oczywiście nikt tu złych zamiarów nie miał.

Podczas Festiwalu odbywały się również różne wykłady. W niedzielę jeden z wykładów prowadził doktor Marcin Danielewski, prezes naszego stowarzyszenia. Tematem wykładu były, a jakże, grody i miasta w XIII wieku.

Humory dopisywały nam do samego końca wydarzenia, mimo złowieszczych chmur deszczowych na horyzoncie i konieczności spakowania się. Festiwal w Lądzie bez wątpienia ma swój klimat - morze białych namiotów, wypełniony gwarem gród, bardzo jasne, księżycowe i bezchmurne noce. Wrócimy tu za rok, a tymczasem widzimy się na nocy świętojańskiej w Kórniku już za trzy tygodnie!


Monika