XIII Manewry Chorągwi Pomorskiej w Strącznie

22 kwietnia 2017

walcz xiiiW chłodny kwietniowy poranek wyruszyliśmy w skromnym liczbowo lecz silnym składzie z Poznania, aby dotrzeć do położonego w pięknej okolicy Strączna nad jeziorem Dybrzno. Zostaliśmy zaproszeni na XIII już Manewry przez zaprzyjaźnione Bractwo Rycerzy Bezimiennych - Drużynę Wojów Grodu Wałcz. Wybraliśmy się w trójkę: Monika, Szabla i Kacper.

Po przyjeździe zastaliśmy w obozie przygotowujących się już powoli do boju wojów, zatem szybko rozłożyliśmy namiot i nasi walczący również zaczęli przyodziewać sprzęt bojowy.

Manewry rozpoczęły się podziałem walczących na dwie drużyny - przypominało to trochę wybór drużyn na zajęciach wuefu, kiedy to dwóch kapitanów naprzemiennie wybiera dla siebie zawodnika. Niestety stało się nieszczęście - naszych dwóch walczących rozdzielono i każdy znalazł się w innej drużynie!

Pierwsza drużyna została natychmiast odprawiona na swoje "grodzisko", które znajdowało się w lesie nieopodal, mieli oni za zadanie się tam rozlokować. Druga natomiast poczekała kilka minut, po czym dowódca drużyny przeczytał pierwszy rozkaz. Zadanie polegało na zaatakowaniu drużyny przeciwnej, stacjonującej na leśnym wzgórzu. Ruszyli w drogę - trzeba było zachować ostrożność, jako że w każdej ekipie znajdowali się łucznicy, a ich zasięg strzału jest spory. Wojowie stanęli u podnóża góry i mogli zobaczyć na samym jej szczycie wrogą drużynę. Ekipa na dole podzieliła się na dwie części - każda z nich podeszła do wzgórza z przeciwnej strony, co zmusiło również przeciwników do podziału. Jedna część "dolnej" drużyny zaatakowała niemal od razu, podczas gdy druga wyczekiwała, stojąc kilkanaście metrów od wroga w bojowym szyku (swoją drogą musiała słuchać licznych obelg z góry, mających zachęcić do ataku). Zdawałoby się, że to drużyna z góry ma przewagę terenową - nic bardziej mylnego. Jedna część wojów z dołu szybko zdobyła przewagę, dlatego z ekipy wyczekujących z góry odłączyło się kilka osób. To był idealny moment na atak od drugiej strony - oczekiwanie opłaciło się i dolna drużyna szybko zdobyła gród przeciwnika. "Zmarli" w bitwie musieli udać się na kilka minut do "umieralni", znajdującej się na pobliskim moście.

Przyszedł czas na kontratak - drużyna która wcześniej atakowała, teraz musiała bronić się na swoim "grodzisku", znajdującym się tuż przy obozie, na stromym wzgórzu oznaczonym flagą. Wojowie sprytnie wykorzystali leżące w pobliżu niewielkie ścięte drzewa i utworzyli z nich zasieki ze strony, gdzie spodziewali się natarcia. Walka nie trwała długo, walczono raczej w zwartym szyku, podobnie jak na moście, ponieważ do starcia doszło na wąskim pasie równego terenu - po obu bokach były strome zbocza pagórka, po których to zboczach spadali uśmierceni w bitwie wojowie. Znowu lepszą okazała się drużyna atakująca, a nie broniąca się - ponownie ważniejszy był spryt i umiejętności taktyczne, a nie przewaga terenowa.

Kolejny rozkaz brzmiał: przeprowadzić dziewczyny w umówiony punkt przy jeziorze. Brzmi łatwo, ale takie nie było, bowiem po drodze rozlokowały się wrogie oddziały. Drużyna broniąca miała jednak świetną taktykę. Dziewczyny znajdowały się pod czujnym okiem dowódcy, a tymczasem część drużyny przeprowadziła atak na przeciwników. W tym czasie można było względnie swobodnie przemieścić się z kobietami w stronę jeziora. Względnie - bo kilku wojów trzeba było jeszcze pokonać. Zadanie zostało wykonane i kolejnym etapem zmagań były ustawione bitwy na moście. Zwykle takie bitwy prezentujemy ku uciesze turystów i mimo że tym razem takowych wokół nas nie było, walkę również prowadzono bez skupiania się na tym, która drużyna ile razy już wygrała starcie.

Mimo zmęczenia wojowie wzięli jeszcze udział w kręgach honoru pojedynczo i dwójkami (tu również nikt nie liczył punktów, ale warto zwrócić uwagę że w pojedynkach bardzo dobrze prezentowali się wojowie gospodarzy). Po tych starciach nastąpiła krótka przerwa, podczas której... nasi wojowie udali się na drzemkę... i przespali ostatnią część Manewrów! Oczywiście później tego żałowali, bo w czasie kiedy spali, na żwirowni miały miejsce ciekawe pojedynki.

W ciągu dnia mieliśmy okazję doświadczyć kwietniowej pogody w całej okazałości: na przemian świeciło słońce, padał deszcz, padał grad, padał śnieg, było pochmurno. Nikogo to jednak nie zraziło, ani wojów, ani osób które znajdowały się w obozie, wszak było to jedno z pierwszych tegorocznych wydarzeń w odtwórstwie i już od dawna nie mogliśmy się doczekać tego wyjazdu.

Kolejnym i właściwie ostatnim dla nas punktem imprezy była wieczorna uczta, która tak jak rok temu została podana na stoły utworzone z naszych tarcz ustawione w krąg, co wyglądało bardzo efektownie. Po uczcie musieliśmy niestety się spakować, pożegnać i wrócić do Poznania. Drużynę Wojów Grodu Wałcz zaprosiliśmy na Majówkę w Grzybowie, więc niedługo znowu się zobaczymy i będziemy razem wspominać Manewry.


Monika